Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielna nauka języka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielna nauka języka. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2015

Kilka lat wstecz... czyli złe miłego początki :)

Długo nosiłam się z zamiarem założenia bloga i... w końcu jest. Ostatecznym (i nareszcie skutecznym) bodźcem, który pchnął mnie w tym kierunku stała się chęć nauki języka na wszelkie możliwe sposoby. Z naciskiem na wszelkie możliwe :-)

Jeszcze dwa lata temu gdyby ktoś powiedział mi, że będę mieszkać za granicą i samodzielnie uczyć się francuskiego - nie uwierzyłabym. Warto podkreślić, że samodzielna nauka języka jak i mieszkanie we Francji można potraktować jako równie abstrakcyjne w moim przypadku. 

Otóż, moja przygoda z francuskim rozpoczęła się w liceum. Pełna zapału, entuzjazmu i wiary w swoje nieograniczone możliwości przyswajania wiedzy - wybrałam langue francaise jako drugi język. Oczami wyobraźni widziałam siebie biegle władającą tym pięknym językiem, tłumaczącą teksty Aznavoura i Dassin... Niestety. Już po pierwszym miesiącu nauki zaczynałam żałować swojej decyzji, a po pół roku zapałałam desperacką chęcią ucieczki. 

Zwykle w takich przypadkach obwinia się nauczyciela, nie będę więc szczególnie oryginalna. Swoją nauczycielkę francuskiego wspominam przede wszystkim jako niezainteresowaną naszymi postępami w nauce, czego najlepszym dowodem było moje balansowanie pomiędzy oceną dobrą i bardzo dobrą - przy poziomie wiedzy sprowadzającym się do je m'appelle. Tę piękną przygodę z językiem zakończyłam więc w wieku 17 lat, zrażona i przekonana, że każdy inny język, ale już nie francuski! 

Pomimo tych niesprzyjających okoliczności moja miłość do Charlesa i Joe pozostała nienaruszona. Po ukończeniu szkoły bardzo romantycznie (jak wówczas sądziłam) postanowiłam sobie, że skoro nie udało mi się samodzielnie przetłumaczyć ich tekstów - pozostaną one dla mnie nieznane. Całkiem serio, do dzisiaj nie mam pojęcia o czym śpiewają, ale śpiewają merveilleux :)

Cały romantyzm Francji zamykał się dla mnie w muzyce. Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie spacerującej brzegami Sekwany, delektującej się kasztanami z Placu Pigalle'a, ani wpatrującej się tęsknym wzrokiem w wieżę Eiffla. Prawdę mówiąc na kilka lat nawet zupełnie o tej Francji zapomniałam... Rzadziej słuchałam Aznavoura, a podstawy gramatyki przyswajane w liceum najwyraźniej wyparłam.

Kwestia mieszkania za granicą to osobny temat, który można skrócić do jednego zdania: (notabene stanowiącego tytuł całkiem przyjemnej książki) nigdy w życiu!  

Jak to się stało, że moim nowym mottem stało się nigdy nie mów nigdy to temat na inny wpis, ale póki co... o ironio! Je suis en France, a nauka francuskiego zaczyna sprawiać mi nie lada frajdę, czego wyrazem będzie ten właśnie blog :-) 

nauka francuskiego